Niech pan zejdzie w dół, po schodach, na ulicę. Niech pan wmiesza się w tłum. Niech pan się rozejrzy i posłucha. TŁUM jest cichy.
Pyta pan swoich ludzi, co myśli tłum? Dlaczego milczy? Pana ludzie zawsze odpowiadają – to normalne… tłum milczy, bo milcząco się zgadza z panem.
Mógłby pan zapytać dawnego przyjaciela, z którym pan przecież kiedyś mnóstwo godzin przegadał, ale on tylko patrzy, kiwnie głową, coś burknie. Może ktoś z rodziny? Nie. Oni przecież też nie schodzą już od dawna tam, na ulicę…
Niezwykle denerwuje ten milczący tłum. Mogliby chociaż wznieść jakieś nieprzyjazne hasła, ale oni milczą i przemykają do pracy, z pracy, do sklepu, do banku, „na pocztę”. Idą i patrzą w dal. Spogląda pan w tę stronę, ale nie widać tam nic specjalnego. Ot, cmentarz, krzyże, flagi. Skąd u nich ta zaduma?
A jak już przeminie ta fala, tych ludzi milczących, zostają tylko ci, z zaciętymi twarzami. Pana przyjaciele, znaczy koledzy… no… znajomi. Z przylepionymi uśmiechami.
Ten tłum, nie patrzy tam w górę , na chlubę miast, na wieżowce, patrzy pod nogi…
Niech pan się strzeże dnia, gdy do urn przyjdzie ich więcej, niż zwykle…


